PODJAZD ASFALTEM NA PRZEHYBĘ

Z MAŁYM DODATKIEM PRZED I PO

14 sierpnia 2019 by in category Szosa tagged as , with 0 and 1
Home > Blog > Szosa > Przehyba na dwa strzały

Przehyba to jeden z trudniejszych, asfaltowych podjazdów w Polsce. Altimetr klasyfikuje go na 4 miejscu i podaje następujące dane: 11.8 km o nachyleniu 6.9% (max 16%) i 811m przewyższenia. Są to niewątpliwie cyfry alpejskie. Z profilu kojarzy się z czymś pomiędzy Valcavą i Giau. Jest sztywny – jak już złapie nachylenie to trzyma do samego końca. Zestawiając go z europejskimi klasykami, być może nie jest to coś niesamowitego jednak jak na warunki Polskie – zdecydowany jeden z jaśniejszych punktów na mapie kogoś, kto lubi stawiać czoła podjazdom.

Długość: 11,8km

Przewyższenie: 811m

Nachylenie: 6,9%

Dach: 1175m.n.p.m.

Nie tak prędko…

Żeby nie było za łatwo – do podjechania jest Przehyba asfaltem ale:

  • dołóżmy do tego 190km przed samym podjazdem. Najlepiej tak, żeby przed Przehybą wyszło 1400m przewyższenia;
  • dołóżmy do tego kilkukilogramowe torby podsiodłowe, w których weźmiemy najpotrzebniejsze rzeczy i ciuchy na zmianę;
  • najlepiej niech będzie tak z 34 stopnie;
  • śpijmy w schronisku na szczycie;
  • następnego dnia wróćmy przez Beskid Niski i niech wyjdzie tak ze 190km i 1600m przewyższenia (już bez ostatniego podjazdu 800m);
  • dla ułatwienia, niech temperatura drugiego dnia będzie troszkę niższa;
  • ale najlepiej to niech ktoś jedzie na szytkach żeby nie było za łatwo mu naprawiać jakby się coś stało (na szczęście się nic nie stało).

Szczerze mówiąc jakoś nigdy nie marzyłem o zdobyciu Przehyby szosą. Wielokrotnie byłem tam wcześniej na MTB, bo Beskid Sądecki to mój ulubiony rejon na rower górski. Można zatem powiedzieć, że Przehyba jest u mnie od dawna odhaczona. Poza tym fakt, że podjazd jest “ślepy” i nie można przez niego przeprowadzić żadnej fajnej pętli, był dla mnie wystarczająco zniechęcający, aby cokolwiek tam zaplanować. Zdarzało się bowiem, że jeździliśmy przez Przełęcz Knurowską, która aż tak nie straszy cyframi ale można przeprowadzić przez nią na prawdę malowniczą trasę. Słowem – ktoś musiał wymyślić ten wyjazd za mnie – i wymyślił. Nie wiem kto, ale był to członek ekipy, która w wyjeździe uczestniczyła i na pewno nie można nazwać go normalnym.

Wiem, że chłopaki już kilkakrotnie przekładali ten wyjazd z różnych powodów. Mnie też albo nie było w Polsce albo miałem inne plany. Jakoś tak się złożyło, że tym razem z dnia na dzień dowiedziałem się, że ta wyprawa ma się wydarzyć i w zasadzie zdecydowałem się na uczestnictwo na dzień przed wyjazdem. Szybko kupiłem dwie najtańsze torby podsiodłowe marki Roswheel – dla siebie i Ewy (bo ona też się zdecydowała na tą misję), spakowaliśmy się i następnego dnia z rana ruszyliśmy. Proste.

Trasa ułożona przez Cyklozę Ketrapa (można lajkować) prowadziła granicą Parku Krajobrazowego Pasma Brzanki oraz przez Ciężkowicko-Rożnowski Park Krajobrazowy. Była raczej łatwa ale, jak można się domyślić, im bliżej było końca – tym było ciężej. Za Ciężkowicami zaczęły się większe górki a temperatura skoczyła do 35 stopni. Od asfaltu grzało strasznie. Zrobiliśmy kilka postojów aby się schłodzić. Obiad zjedliśmy w Nowym Sączu, przy okazji przeczekując deszcz. Podjazd na Przehybę przywitał nas mokrym asfaltem i parującą po deszczu wodą. Wilgotność była tak duża, że byliśmy mokrzy od stóp do głów, pomimo, że nie spadła na nas ani kropla deszczu. Efekt uboczny był taki, że przynajmniej temperatura wróciła do sensownego poziomu.

Na górze czekała już na nas obiadokolacja. Zamówiliśmy ją telefonicznie po tym, jak dowiedzieliśmy się, że kuchnia jest czynna do 19 będąc w sklepie, przed samym podjazdem o 17:45. Protip dla planujących jedzenie w schronisku na Przehybie: Zamawiajcie żurek. Nie zamawiajcie pierogów. Pierogi były złe.

Temat wieczornego piwkowania w pokoju – pomijam 🙂

Następnego dnia rano wstaliśmy ze średnim zapałem. Czekał nas 190kilometrowy powrót przez bardziej górzysty teren niż ten z dnia poprzedniego. Na pocieszenie – pogoda była bardzo dobra a i zza chmur na moment wyłoniły się Tatry. Tym razem ja byłem odpowiedzialny za trasę ale ułożyłem ją na szybko, bez wnikliwej analizy którędy pojedziemy. Jak się później okazało – wyszło całkiem nieźle. Trasa wiodła przez Beskid Niski, co niewątpliwie wpłynęło na jej jakość. Jak wiadomo – Beskid Niski jest piękny, zielony i dziki. Dało się to odczuć. Po drodze zahaczyliśmy o kilka kaw na stacjach benzynowych i o obiad – standardowo – w Wojkówce. O dziwo noga szybko się rozkręciła a cały dystans udało nam się pokonać bardzo sprawnie i bez negatywnych przygód – na wlocie do Rzeszowa mieliśmy średnią w okolicy 28,5km/h.

Ostatecznie wyjazd okazał się być bardzo udany i pomimo niemałego zmęczenia będę go miło wspominał. Czasami takie spontaniczne ruchy, które z pozoru wydają się być przesadą, pozostają na długo w pamięci. Czy pojechałbym na Przehybę z Rzeszowa drugi raz? Nie wiem – sprawdzimy za rok. Choć przeczuwam, że jeszcze w tym roku znajdzie się jakaś inna destynacja na taki wypad.

Ostatecznie ten wpis to bardziej coś w rodzaju pamiętnika. Taki milestone, przypominający o tym, że tego dnia zaczęła się przygoda z bikepackingiem. Póki co na zasadzie “pack light, travel far” ale być może już niedługo ewoluuje to w bardziej złożoną wyprawę – kto wie? Tak czy inaczej – polecam niemal 200km wycieczkę zwieńczoną 800m podjazdu i powrót na drugi dzień. Kondycyjnie to raczej nic strasznego. Nie polecam jedynie tamtych, wspomnianych wcześniej, pierogów.

53x11.pl - BLOG KOLARSKI | Stworzył i prowadzi Michał Masłowski | Wdrożenie: Strony i sklepy internetowe WordPress Rzeszów