Zalajkuj:

Subskrybuj:

DZIEŃ PECHA NAD GARDĄ

TRZECI TYDZIEŃ, TRZECIE JEZIORO

31 października 2016 Przez w kategorii Drogi, Życie tagi , , z 0 oraz 35
Home > Drogi > Dzień pecha nad Lago di Garda
img_20161030_114849

Początki – ciężkie.

Zaskoczeni? Właśnie tak to się zaczęło. Ten dzień był tak naprawdę maksymalnie pechowy. I to od samego początku. Najpierw wyrolowałem się sam, zapominając o zmianie czasu. Budzik nastawiłem na 9 z myślą o wyjeździe około 10. Jak zadzwonił o 9 to już była 10 na stary czas. Godzina w plecy. Jak się ogarnąłem i zapakowałem, co zeszło mi dłużej niż planowałem, była 10:30. Ruszyłem więc w kierunku Tangenziale Est Milano i po przekroczeniu bramek znów kląłem pod nosem. Korek jak 150 już na zjeździe na autostradę. Myślę, remontują zjazd, ale nie – A4 MI – VE (po 4 pasy w jedną stronę) stoi, lub jedzie 10km/h. Cudo. Kolejne 40min w plecy. Zjeżdżam najbliższym zjazdem, gdzie oczywiście pomimo totalnego zakorkowania kasują pieniążki. Ciekawe co było przyczyną. Myślę sobie – trudno, trzeba jechać wiejskimi drogami, co samo w sobie normalnie, wydłuża podróż o kolejne 40min w porównaniu z niezakorkowaną autostradą. To oczywiście nie mógł być koniec pecha. Po zjeździe z autostrady i wyjechaniu z pierwszej wioski zaczyna się to co widać na powyższym zdjęciu. Skutek? 50-60km/h max. Kumulacja nie z tej ziemi. Ostatecznie ląduję nad Gardą około 14 (15 na czas letni!!!). Po drodze kilkakrotnie myślałem, żeby odpuścić. Na szczęście coś mnie powstrzymało.

Zaczynamy jazdę. Oglądaliście Bonda – Quantum of Solace? Jeżeli tak/nie to zobaczcie sobie początek filmu:

Trasa – piękna.

W zasadzie dokładnie tak, jak na powyższym filmie, zaczynała się moja trasa nad Gardą. Może nie było tyle dramaturgii i nikt do mnie nie strzelał ale koniec końców skręciłem w ten sam tunel, o tu. W tym miejscu zaczyna się chyba najbardziej niesamowita asfaltowa droga okolicy, Strada della Forra. Wbija się ona w jar, otaczają nas pionowe skalne ściany i mroczna sceneria. Co więcej? Po pierwsze znakomite widoki, po drugie wykuty w skale tunel i po trzecie przejazd przez superciasny wąwóz, gdzie ów tunel się znajduje. Miejsce to robi ogromne wrażenie. Pomyśleć ile lat woda z okolic Tremosine drążyła sobie drogę do ujścia do jeziora, niesamowite. Po przejeździe przez tunel, czeka nas asfaltowy zawijas z mostem przypominającym szwajcarski Teufelsbrücke oraz restauracja. Przez późny start odpuszczam kawy i inne tego typu atrakcje. Niestety, jakimś dziwnym trafem, nie udało mi się tym razem zrobić żadnego godnego zdjęcia tego miejsca. Szkoda.

DCIM104MEDIA
img_20161030_140549-pano

Po podjechaniu w rejon Tremosine a konkretnie do miejscowości Pieve, śmigam dalej wijącą się przez miasteczka drogą i docieram do doskonale znanego mi płaskowyżu. Byłem tu już kilka razy podczas wypraw MTB w te rejony. Jest już dość późno, słońce powoli chowa się za górami rzucając na doliny cień i jednocześnie chłód. Zastanawiam się czy atakować Passo Nota czy dać sobie spokój i zjechać przez Tignale do auta. Po chwili namysłu i kilku fotach, decyduję się na podjechanie przełęczy, przez którą również nie raz i nie dwa śmigałem na MTB.

garda_baner

Passo Nota to zdradliwy podjazd. Od swojej „asfaltowej” strony jest na początku niemalże płaski by pod koniec przywalić nachyleniem tak, że aż kolana bolą. Tutaj link do profilu ostatniego 2,5km. Żeby tego było mało, ostatnia serpentyna to zabetonowane, nierówne kamienie. Cudo. Ale nic, jadę. Na początku strzelam kilka fotek osiołkom które uśmiechają się do mnie z pastwiska i mijam bandę rozpędzonych endurowców, wracających (jak się okazało dzięki FlyBy) z Bocca di Fobia. Co więcej, okazało się również, że byli to Polacy. Ale wracając do podjazdu… Jadę sobie spokojnie bo wiem mniej więcej co mnie czeka. Zaczyna się robić chłodno, zwłaszcza kiedy jedzie się tuż przy strumieniu. Kiedy zaczyna się właściwy podjazd, wcale nie marudzę, bo wiem, że będzie mi cieplej. Boję się jednak powrotu. Po wyjechaniu mniej więcej 3/4 łapię promienie słońca i jest bajka. Piękne jesienne kolory oświetlane przez nisko zawieszone słońce. Do tego skały i serpentyny. Na to liczyłem.

img_20161030_145431_hdr-01
img_20161030_160632_hdr-01
osiolek
img_20161030_155538-01

Zjazd, zgodnie z objawami nie należy do przyjemnych. Asfalt jest nierówny i jest zimno. Jakoś jednak daję radę i przez Vesio kieruję się w stronę Tignale. Głupi ja nie sprawdziłem tym razem profilu. Rzadko mi się to zdarza. Wydawało mi się, że z Tremosine to w każdą stronę już tylko w dół i po zjeździe z Passo Nota czeka mnie chwilę płaskiego i przyjemna, napędzana grawitacją jazda przez Tignale. Byłem w błędzie. Nie dość, że zimno to jeszcze po drodze 300m w górę. Pięknie. Zmierzch już postępuje. Niebo, podświetlone zachodzącym słońcem nabiera kolorów a ja piłuję 10km/h pod serpentynę. Jestem głodny i zmęczony, zaczyna być na prawdę zimno. Mija mnie piękne, czerwone Volvo Amazon. Jakoś ostatkiem sił wczołguję się do końca podjazdu i zaczynam zjeżdżać. Znów jest zimno, ręce i kolana marzną. Wyjeżdżając z lasu zaczyna się poezja. W Tignale jest najpiękniejsza widokowo patelnia na świecie. A do tego mam idealne warunki – zachód słońca i mgiełka. Kilka minut podziwiam ten spektakl po czym ruszam w kierunku jeziora, żeby zdążyć przed całkowitym zmrokiem.

img_20161030_170253_hdr-pano

Do auta dojeżdżam zmarznięty i głodny. Do Milano mam jakieś 1h 45min drogi. Pakuję się i ruszam. Myślę nawet o zatrzymaniu się gdzieś po drodze żeby wciągnąć coś ciepłego bo w brzuchu burczy. Ujechałem może 10km a tu korek. Myślę – spoko – dużo ludzi wraca znad jeziora do domów. Coś jest jednak nie tak. Stoimy i stoimy. Nic nie idzie. Co jakiś czas ruszam się o 5-10 długości samochodu. Okazuje się, że gdzieś z przodu miał miejsce wypadek. Drogi alternatywnej brak, chyba że 200km na około jeziora (bo Garda jest jednak dość duża). Nie mam nawet głupiego batonika czy jabłka. Po godzinie stania, w końcu ruszamy a w miejscu gdzie niby był wypadek brak jakichkolwiek śladów. Ciekawe co się stało. A4 tym razem okazała się przejezdna ale jak tylko z niej zjechałem to mgła taka, że 3 pasy podróżują z prędkością 50km/h. Po dotarciu do celu rower zdejmuję z dachu tak samo mokry, jak gdybym go wyciągał z rzeki.

Dojazd na start – pechowy. Powrót – pechowy. Na szczęście trasa uratowała dzień. Warto jeździć na rowerze.

img_20161030_203728_hdr